Adam Chmielewski
Puste miejsce
Wyobrażenie pustego miejsca to pierwsza rzecz, która przychodzi nam do głowy, gdy zaczynamy myśleć o przestrzeni publicznej. Przestrzeń postrzegamy bowiem jako otwarte miejsce, w którym możemy się poruszać i wypełniać je tym, kim jesteśmy, co posiadamy i co potrafimy. Przestrzeń tak rozumiana jest wsparta twardym i pewnym gruntem, po którym chadzamy po wyznaczonych drogach i utartych ścieżkach. Ten obraz przestrzeni, zaszczepiony w naszych umysłach przez Euklidesa (geometra), Newtona (fizyk) oraz Kanta (filozof), stał się w naszej kulturze „transcendentalną formą apercepcji”. Wydaje się jednak, że znaczenie tej frazy sprowadza się ostatecznie do potocznego stereotypu, który od niedawna stał się przedmiotem krytycznego badania
Z najnowszej geometrii, fizyki i filozofii wiemy bowiem, że ta wizja przestrzeni jest błędna: jest ona teoretycznym zmyśleniem, chybotliwym typem idealnym, który stał się pospolitym wyobrażeniem, lecz które, mimo pospolitości, jest fałszywe. Idea ta jest również bardzo myląca. Nieuchwytność zawartej w niej zwodniczości, wraz z ideologiczną dominacją takiego obrazu przestrzeni, wydaje się leżeć u podłoża problemów politycznych naszych czasów. Problematyczność tego obrazu przestrzeni publicznej staje się jawna z perspektywy, którą określam mianem estetyki politycznej.
Powyższy obraz przestrzeni ma swoją teoretyczno-polityczną reprezentację w postaci liberalnie rozumianej przestrzeni publicznej, agory, w której jednostki ludzkie gromadzą się, aby na mocy przysługujących im równych praw móc zająć przynależny im kawałek pierwotnie pustego miejsca, aby wypełnić je sobą, własnymi żądaniami i wytworami. Prawo do uczestnictwa w niej każdy otrzymuje na mocy samego swojego istnienia jako istoty ludzkiej. Nikt nie może nikomu odmówić tego prawa, pod warunkiem, że spełniają oni ściśle określone dezyderaty moralności, przyzwoitości i obyczajności, których transgresja jest zakazana.
Cząstki w przestrzeni
Wiemy jednak, że tak nie jest: jak przestrzeń fizyczna istnieje o tyle, o ile istnieją cząstki, które wypełniają ją swoją energią kinetyczną, tak też przestrzeń publiczna istnieje o tyle, o ile istnieją cząstki, które wypełniają ją swoją energią polityczną i moralną. Odpowiednio więc nieco bliższym realności rozumieniem przestrzeni byłaby wizja/metafora zbiornika, którego wielkość, pojemność i kształt zależy od energii kinetycznej znajdujących się w nim cząstek elementarnych, jakimi – jeśli wierzyć Michelowi Houllebecqowi – jesteśmy. Im intensywniej się te cząsteczki poruszają, im energia ich zderzeń jest większa, tym bardziej zwiększa się pojemność tego zbiornika i jego wewnętrzna temperatura. Przestrzeń publiczna jest zatem obszarem rywalizacji, w którym każdy musi walczyć o miejsce, jest obszarem agonistycznych zmagań o istnienie. Przestrzeń ta wypełnia się, rośnie i zmienia odpowiednio do estetyczno-moralnej – to znaczy politycznej – energii wypełniających ją podmiotów.
Być znaczy być widzialnym
Rozpocznę od stwierdzenia, że dość ryzykowna prawda metafizyczna, esse est percipi, tj. być znaczy być postrzeganym, uznano za fałszywą natychmiast po jej sformułowaniu przez George’a Berkeleya. Jednakże, nawet jeżeli prawda ta nigdy nie zyskała szansy na rozwinięcie swej pełnej mocy metafizycznej, to współcześnie, w kulturze widzialności, nabrała dojmująco aktualnej, politycznej treści: albowiem w przestrzeni publicznej istnieć znaczy być w niej widzianym.
Naszą zdolność do orientacji w przestrzeni fizycznej zawdzięczamy przede wszystkim naszym zmysłom, „a nade wszystko wzrokowi” . To jednak nie wszystko: aby móc się w niej poruszać, by zajmować w przestrzeni miejsce, które postrzegamy jako niezbędne lub pożądane dla naszego istnienia, należy zostać najpierw dostrzeżonym lub usłyszanym (kwestie zapachu i smaku pozostawiam na inną sposobność). Właśnie dlatego kobiety i mężczyźni posuwają się do bardzo niezwykłych niekiedy rzeczy, aby skupić uwagę innych ludzi na sobie. Pokazują się więc, wystawiają się na widok innych po to, aby pokazać siebie takimi, jakimi chcieliby być zobaczeni; aby zaprezentowany oczom innych wizerunek samych siebie, nawet jeżeli odległy od prawdy o nich samych, przeobrazić w pokusę zainteresowania sobą w oczach innego.
Przestrzeń ekspozycji
Przestrzeń publiczna jest bowiem miejscem, w którym nigdy nie chcemy wyglądać tak, jakimi „naprawdę” jesteśmy. To, kim „naprawdę” jesteśmy, jak „naprawdę” wyglądamy, skrywamy w intymności przestrzeni prywatnej. Przestrzeń publiczna jest zatem sceną, areną, wybiegiem, także mównicą, które są zaprojektowane w taki sposób, abyśmy mogli być dostrzeżeni nie takimi, jakimi jesteśmy, lecz takimi, jak sądzimy, że inni będą chcieli nas zobaczyć.
Kwestię tę można najlepiej zilustrować za pomocą odniesienia do znanej estetycznej mądrości, że piękno jest w oku patrzącego; zanim bowiem wkroczymy w przestrzeń publiczną, upiększamy się w taki sposób, który uważamy, iż przeobrazi nas w przedmiot pożądania wyobrażonego innego. Przestrzeń publiczna jako miejsce pokazu, ekspozycji i demonstracji jest więc sferą wzajemnego zwodzenia się, uwodzenia i wodzenia na pokuszenie. Jeżeli więc nawet traktujemy siebie samych jako dzieła własnej sztuki, spełniające wymogi umożliwiające ich ekspozycję w przestrzeni publicznej; nawet jeżeli coraz śmielej pozwalamy w niej sobie odchodzić od odsłonięcia ku obnażeniu, to nie tyle odkrywamy i obnażamy siebie, co jedynie pokazujemy, zaledwie sygnalizujemy własne myśli, jedynie sugerujemy – choć niekiedy zbyt dosłownie – naszą własną cielesną obecność, naszą cielesność. Z jednej strony, czynimy to tak, aby to, co uznajemy za autentycznie i intymnie nasze, choć cały czas obecne tuż pod powierzchnią okrycia, pozostało zakryte i niedostępne, co najwyżej wspomniane; jednakże staramy się to czynić tak, aby zachęcić do jego odkrywania, ujawnienia, całkowitego odsłonięcia i dotknięcia, choć wyłącznie już w sferze prywatnej. Dialektyka ta wyznacza zasadę o treści zmiennej historycznie i kulturowo, lecz bez względu na płynność wyznaczanych przez nią granic, wykroczenie przeciwko nim nieodmiennie stanowi akt ekshibicjonizmu lub pornografii.
Przestrzeń niewidzialności
Obowiązek uczynienia się widzialnym jest równoznaczny z wymogiem nieustannego pokazywania się, które, jak już wiemy, nie jest całkowitym odsłonięciem. Autentyczny sukces w byciu dostrzeżonym przydarza się rzadko i zazwyczaj tylko na chwilę. Niektórym nigdy nie udaje się go osiągnąć. Niedostrzegalność jest losem nie tylko kobiet w średnim wieku, które zazwyczaj pozostają niedostrzegane przez męskie spojrzenia: staramy się nie dostrzegać także widoku choroby, starości, brzydoty, śmierci i inności – tych wszystkich rzeczy, których widoku chciano oszczędzić młodemu księciu Sakyamuniemu, późniejszemu Buddzie. Nauczyliśmy się ich nie dostrzegać, ponieważ nie chcemy ich widzieć; gdy zaś ich obecności nie możemy nie zauważyć, gdy staje się ona zbyt natarczywa, odwracamy wówczas od nich wzrok. Przestrzeń publiczna jest więc obszarem represji i wykluczania: właśnie dlatego jest przestrzenią polityczną.
Albowiem nawet gdy udaje się nam pojawić w niej od czasu do czasu, a tym samym zaistnieć, to nie oznacza to jeszcze, że udało się nam zapewnić sobie stabilne publiczne istnienie; bycie dostrzeżonym dalece nie wystarcza, aby zagwarantować nam trwałe bycie. Z tej racji być znaczy być trwale podtrzymywanym w istnieniu za pomocą spojrzeń innych, od których oczekujemy skupienia na nas swojej uwagi. Dlatego przestrzeń publiczna jest areną nieustannej rywalizacji o skupienie spojrzeń innych na nas, o miejsce w świetle, które czyni nas widzialnymi.
Mogłoby się wydawać, że spojrzenie innych zaledwie dotyka naszej powierzchowności, że tylko prześlizguje się po częściowo o(d)krytej powierzchni naszej cielesności. W istocie jednak przenika nas ono na wskroś, sięgając najintymniejszych głębi. Albowiem pozór, jaki sobą stwarzamy, wygląd, w jaki się przetwarzamy, wyobrażenie, w jakie siebie przeobrażamy, zanim wystawimy się na widok publiczny, by zaczerpnąć oddechu istnienia, jest zbiorem ról odgrywanych przez nas w publicznym pokazie. Jest to pokaz odgrywany na użytek nie naszego własnego prywatnego spojrzenia, lecz na użytek spojrzenia obcego, publicznego, które wdarło się swoim przenikliwym wzrokiem w nasze wnętrze, stało się naszym własnym spojrzeniem i które nieustannie nakazuje nam robić z siebie spektakl: „Będąc przedmiotem spojrzenia, jesteśmy obrazowani jako samoodnośne przedmioty wystawione na widok publiczny. Otrzymujemy pewne współrzędne w ramach parametrów obrazu. Jesteśmy wytwarzani jako patrzący i jako oglądani, jesteśmy konstruktami zbudowanymi z następujących po sobie momentów bycia postrzeganymi przez innych, które to konstrukty wykraczają poza każdy poszczególny moment lub jakąkolwiek ich sekwencję, przyjmując ekspansywne cechy samej struktury. Jest to struktura widzenia/bycia widzianym lub wyobrażania sobie jako świadomości, która redukuje nas do ‘istot, które są oglądane w spektaklu świata’.
To publiczne zbiorowe spojrzenie Innego jest czynnikiem konstytuującym nasze istnienie oraz samego społeczeństwa. Społeczeństwo jest społeczeństwem o tyle, o ile jest spektaklem, w którym jednostki przed samymi sobą gorliwie odgrywają role narzucone sobie samym, odgrywając jednocześnie dla innych oraz dla siebie samych. Ze względu na nieredukowalną spektakularność społeczeństwa, estetyka jako nauka o postrzeganiu jest właściwą nauką polityczną.
Mogłoby się wydawać, że dla spojrzenia autentycznie prywatnego i intymnego – to znaczy wtedy, kiedy nikt obcy na nas nie patrzy – nie musimy odgrywać żadnego spektaklu. Lecz tak nie jest. Społeczeństwo jest bowiem zawsze i nieuchronnie spektaklem, którego reżyser zawsze jest tam, na zewnątrz. Może on jednak demonstrować swoją reżyserską sprawczość wyłącznie dlatego, że jednocześnie rezyduje on w głębiach naszych dusz i z naszego wnętrza nieustannie mówi nam, co mamy robić. Dlatego też nawet to, co nazywamy przestrzenią prywatną i intymną, nie jest ani prywatne ani intymne – ona również jest przestrzenią polityczną.
Dotyk w przestrzeni
Kiedy już odniesiemy sukces w byciu dostrzeżonym lub usłyszanym w przestrzeni publicznej, musimy także zademonstrować siłę, aby zapewnić sobie w niej bezpieczny przyczółek, aby zniechęcić innych od prób wypchnięcia czy zgoła przepędzenia nas z zajętego przez nas miejsca. Bycie w przestrzeni publicznej jest więc stałym wysiłkiem i nieustanną walką o uznanie naszego prawa do przebywania w niej.
Sądzimy, że autentycznie być w przestrzeni publicznej oznacza nieustannie się w niej znajdować. Częścią natury przestrzeni publicznej jest jednak to, że miejsce raz w niej przez nas zajęte nie pozostaje „naszym” miejscem na zawsze; chcąc powrócić do tego samego miejsca, zastajemy je zazwyczaj już zapełnione przez kogoś innego, kto nie (zawsze) chce zrobić dla nas miejsce. Albowiem natura przestrzeni publicznej polega na tym, że wcale nie musi on nam ustępować, my zaś nie możemy go stamtąd usunąć bez złamania zakazu niedotykalności.
W tym kontekście należy pamiętać, że dotyk, w odróżnieniu od spojrzenia, jest przedmiotem właściwym nie estetyki, lecz mechaniki politycznej. Dotyk sensu proprio uznajemy za dopuszczalny i prawomocny tylko w sferze prywatnej. W przestrzeni publicznej dotyk jest dopuszczony jako możliwy tylko wówczas, gdy ma on charakter ceremonialny i zrytualizowany lub też gdy pojawia się w niej jako prywatny, tj. wtedy, gdy jest wymianą dotknięć między osobami, których dłonie i ciała znały się już uprzednio. Lecz nawet w ich przypadku nie może to być dotyk intymny. Prywatny dotyk, o ile jest dopuszczalny w przestrzeni publicznej, nie jest dotykiem właściwym, jest raczej tylko ekspozycją i demonstracją dotyku. W innych okolicznościach, a więc wtedy, gdy w przestrzeni publicznej dotyk staje się autentyczny, natychmiast przeobraża się w wykroczenie lub akt publicznej obrazy: jest aktem pogwałcenia publicznej obyczajności lub cielesnej niedotykalności. Choć więc w przestrzeni publicznej dotykamy się, to w istocie czynimy to tylko na niby, jesteśmy w niej bowiem i pragniemy pozostawać w niej niedotykalni. Granica między niedotykalnością i dotykalnością jest granicą między tym, co publiczne i tym, co prywatne.
Agorafobia publiczna
W konfrontacji z tak skonstruowaną przestrzenią publiczną stajemy w istocie w obliczu ucieleśnionej w niej ideologicznych, sztywnych uregulowań, reglamentujących dopuszczalne sposoby pokazywania się i dotykania, nieustannych wymogów angażowania się w histrionikę. W przestrzeni nowoczesnego społeczeństwa jesteśmy zmuszeni nieustannie zgłaszać roszczenia do jej fragmentów, do rozpychania się w niej przy jednoczesnym unikaniu dotyku. Nic więc dziwnego, że w obliczu tak skonstruowanej przestrzeni wielu ludzi reaguje agorafobią publiczną, starając się uciec od tych wzajemnie wewnętrznie sprzecznych agonistycznych zmagań, które się z nią kojarzą.
Agorafobia jest jednym z symptomów bólu wynikającego z mentalnej internalizacji zasad pojawiania się w przestrzeni publicznej. Musimy uznawać te zasady za własne, lecz zarazem często stwierdzamy, iż nie jesteśmy w stanie się im podporządkować. Postrzegamy te zasady jako więzy, które nas krępują, samych siebie zaś jako niezdolnych do ich rozplątania. Człowiek współczesny jest bowiem zazwyczaj węzłem, który sam się zawiązał, lecz samodzielnie nie potrafi się rozplątać. W tym splątaniu ludzka energia wewnętrzna, zamiast uwalniać się, zwraca się ku sobie i pożera sama siebie, dusząc człowieka w jego własnej klaustrofobii. Opustoszała z tego powodu przestrzeń publiczna zaś kurczy się i przeobraża w sflaczały balon.
Jak uczył nas Karol Darwin, rywalizacja o bycie zauważonym to najbardziej rudymentarna forma dystrybucji dóbr. Rywalizacja ta toczy się w każdej relacji społecznej: między kobietą i mężczyzną, między dzieckiem i rodzicem, między starszymi i młodszymi, między rówieśnikami, między każdą grupą społeczną – każdy chce być zauważony, by potwierdzić swoje istnienie, by istnienie zostało publicznie uznane, a więc zatwierdzone, uwierzytelnione i uprawomocnione.
Przestrzeń publiczna podlega więc nieustannemu podziałowi; jej dzielenie jest dzieleniem tego, co postrzegalne . Odkrycie, że przestrzeń publiczną można dzielić, rozdzielać i sprzedawać jej części jako towar, było jednym z najbardziej wyzwalających, a zarazem najbardziej szkodliwych ludzkich osiągnięć. Obecny kształt publicznej przestrzeni współczesnych społeczeństw jest w znacznej mierze ukształtowany przez tych, którzy za pomocą nowoczesnych potężnych mediów wizualnych zawłaszczyli ją dla siebie, a zwłaszcza tych, którzy okazali się zdolni do zawłaszczenia jej połaci dla własnego, wyłącznego, hegemonicznego użytku. Komodyfikacja przestrzeni publicznej nie tylko nasila postawy agorafobiczne, lecz także wzmacnia zakres, obszar i dotkliwość wykluczeń.
Sztuka jako wyobrażenie
Treścią sztuki nie jest sama rzeczywistość, lecz jej przedstawienie. W obszarze wyobrażeń zawartych w dziełach sztuki bowiem obowiązywanie zasad i zakazów reglamentujących rzeczywistość ulega zawieszeniu. Sztuka jest zaproszeniem do wyobrażenia sobie innej rzeczywistości, a więc do krytyki i do przekształcania istniejącej. Dlatego nic nie podlega silniejszym represjom niż ucieleśnione w sztuce swobodne wyobrażenia ludzkiego ducha, który zdołał przełamać własną agorafobię i okazał się na tyle śmiały, aby pokazać, że inny świat jest możliwy.
Mając w pamięci, że jednostki ludzkie stanowią największe przeszkody dla siebie samych, na płaszczyźnie indywidualnej sztuka zawsze była i pozostaje sferą walki ze skrępowaniem wewnętrznym. Jest ona jednakże nade wszystko walką ze skrępowaniem zewnętrznym, przybierającym postać zmiennego, lecz nieodmiennie represyjnego kanonu tego, co estetycznie – politycznie – dopuszczalne. Na płaszczyźnie zbiorowości jest sferą zmagań o wolność, a zarazem przedmiotem nieustannego krępowania więzami politycznymi. Z tej racji nic lepiej nie służy uwalnianiu wewnętrznej energii człowieka niż sztuka, sfera wolnej twórczości i twórczej wolności.
Zbiorowisko artefaktów i działań składających się na to, co nazywamy sztuką, jest zbiorem narzędzi i instrumentów służących walce o wolność. Właśnie dlatego na sztukę kieruje się nienawiść tych, którzy nienawidzą wolności. Dlatego nic nie jest bardziej pilne od estetycznego – to znaczy politycznego – przeobrażenia, które umożliwiłoby praktyczną realizacją zwrotu estetycznego, jaki w sferze myślenia już się powoli zakorzenia. Nic nie jest bardziej pilnie niż otwarcie naszych wspólnot i naszych umysłów dla sztuki. Nic nie jest ważniejsze od otwarcia naszej przestrzeni publicznej na sztukę, na jej głos i jej gest wolności.
Zwrot estetyczny
Estetyka jest zazwyczaj pojmowana jako badanie dzieł sztuki. Takie jej rozumienie jest bardzo odległe do pierwotnego znaczenia greckiego terminu aisqhsiV, którym, posługiwano się do opisu wszystkiego, co odnosiło się do wrażeń zmysłowych. Oba użycia tego terminu wydają się mieć, przynajmniej na pierwszy rzut oka, niewiele wspólnego z tym, co polityczne. Jednakże bardzo łatwo można wykazać, że nawet ograniczone pojmowanie zakresu estetyki jako badania dzieł sztuki ma ważki wymiar polityczny.
Emancypacyjne znaczenie sztuki, teraz jawne, nie zawsze było oczywiste, także dla filozofii. Jednakże hierarchia jej dyscyplin, jeszcze niedawno niewzruszona, uległa nieodwracalnym przeobrażeniom. Tradycyjnie hierarchia dyscyplin filozoficznych składała się bowiem z sytuowanej najwyżej ontologii, która była podpierana przez epistemologię. Etyka i estetyka były zazwyczaj traktowane jako suplementy o niewielkim znaczeniu dla teorii ściśle filozoficznej i były postrzegane jako wywodliwe z „autentycznie” filozoficznych teorii bycia i poznania. Jednakże dzięki interwencjom Hume’a i Kanta ontologia została zrzucona ze swego tronu i zepchnięta do lamusa nauk mówiących o tym, o czym nic pewnego nie można powiedzieć. Została ona zastąpiona nauką o ludzkim poznaniu. Niedługo potem okazało się jednak, że priorytet zasad poznania został przezwyciężony przez etykę, której normy proklamowano jako bardziej pierwotne.
Wbrew postawie filozoficznej, która postrzega sztukę jako podporządkowaną innym filozoficznym lub moralnym celom, chciałbym przedstawić argumentację, zgodnie z którą, filozofowie, którzy ledwie ochłonęli z ekscytacji nad twierdzeniem o priorytecie etyki, już teraz muszą pogodzić się z tym, że podstawą wszechrzeczy filozoficznych jest to, co estetyczne . Chciałbym bowiem twierdzić, iż to, co estetyczne, jest podstawą wszelkiego filozofowania. Uważam bowiem w szczególności, że to, co estetyczne, leży u samego źródła tego, co etyczne. Celem tego twierdzenia jest nie tyle argumentacja na rzecz estetyzacji tego, co etyczne, ile raczej otwarcie przestrzeni na dociekanie tego, w jaki sposób moralne ludzkie zdolności można badać jako umiejętności ufundowane na bardziej podstawowej zdolności do postrzegania rzeczy i odróżniania ich między sobą jako takich, które winny być przedmiotem pragnienia, zdobywania i osiągania, oraz takich, od których należy stronić, uchylać się i odrzucać.
Pojmowana w ten sposób estetyka jest nauką o ludzkiej wolności i ludzkich potrzebach; z tej racji jest ona dyscypliną ściśle polityczną. Proponowany tu zwrot estetyczny pozwala nam także nadać nowy sens starożytnej idei kalokagathia, symbiotycznej konkatenacji przedmiotów dostrzegalnie pięknych, które są zarazem dostrzegalnie dobre. Jest to nauka o przedmiotach, ku którym zwracamy nasze spojrzenie i naszą uwagę. Jest to również, co szczególnie ważne, wiedza o powodach, które sprawiają, iż tak postępujemy.
Mimo transformacji, jaka dokonuje się na gruncie filozofii za pośrednictwem w ten sposób rozumianego zwrotu estetycznego, rewolucja ta jest równoznaczna ze stwierdzeniem tego, co oczywiste: bądź co bądź nawet epistemologia, jeszcze niedawno uważana za podstawową filozoficzną wiedzę o wiedzy, nieuchronnie musi skupiać się na czymś, co jest ostatecznie punktem widzenia. Z tego powodu jest ona zmuszona stawiać to, co widzialne, w centrum swojej uwagi. Nie oznacza to jednak, że ta oczywista prawda nie będzie musiała zmagać się o uznanie establishmentu filozoficznego, który uparcie trwa przy swym tradycyjnym, represyjnym kanonie tego, co filozoficzne.
Nadzorować i karać
Przestrzeń publiczna w Polsce jest przykładem balonu szczególnie sflaczałego. Spustoszona politycznie, moralnie i estetycznie przez popadający w zapomnienie reżym, została obecnie zawładnięta przez ideologie i religie, których represyjność jest zwłaszcza widoczna właśnie w odniesieniu do sztuki. Jak gdyby pod wpływem lektury Michela Foucault, obecne reżymy bezwzględnie nadzorują ruch w przestrzeni publicznej i surowo karzą wykroczenia. Artyści są oskarżani przez polityków i kapłanów, ścigani przez potulnych prokuratorów, wystawy są zamykane, dyrektorzy instytucji artystycznych zwalniani, rzeźby niszczone, obrazy zdejmowane i ukrywane, muzea służą nie tyle do ochrony dzieł sztuki, co do ich więziennego zamykania. Pogrążeni w wymuszonej agorafobii intelektualiści, choć wyrzucają z siebie potoki słów, samocenzurują się, tkwiąc w hałaśliwym milczeniu.
Największy niepokój jednak budzi to, iż sztuce zadaje się nieustanny gwałt, nie dopuszczając jej obecności wśród ludzi. Na młodzieży dokonuje się systematycznego gwałtu zaniedbania, nie wciągając ją w sferę tego, co piękne i wzniosłe. Jesteśmy nieestetyczni w naszym myśleniu, w naszych wyborach, także politycznych, w naszych obyczajach i tym, jak chcemy się pokazywać się innym.
Estetycznemu aspektowi przestrzeni publicznej zadano nieodwracalny i najdotkliwszy chyba gwałt za pomocą karykatury architektury, której zburzenie jest estetycznym imperatywem, lecz byłoby ekonomiczną ruiną dla jednostek i wspólnot. Oznacza to, iż nasze ubóstwo materialne skazuje nas dziesięciolecia życia w ubóstwie estetycznym i strukturalnej ohydzie. Ten gwałt jest odreagowywany architekturą nową, która jest nie mniej estetycznie patologiczna i odzwierciedla zakres, w jakim nasza trudna historia i obecna nieudolność popchnęły nas w estetyczne barbarzyństwo.
Dlatego nic nie jest bardziej pilne od estetycznego – politycznego – przeobrażenia, które byłoby praktyczną realizacją zwrotu estetycznego, jaki w sferze myślenia powoli się dokonuje. Nic nie jest bardziej pilnie niż otwarcie dla sztuki naszego kraju, naszego miasta, a zwłaszcza naszych umysłów. Nic nie jest ważniejsze od otwarcia naszej przestrzeni publiczną na sztukę. Na głos i gest wolności.
Tylko w ten sposób będziemy mogli dalej spoglądać i oddychać swobodniej. Tylko w ten sposób będziemy mogli spoglądać dalej i oddychać swobodniej
Adam Chmielewski