Wrocław - Europejska Stolica Kultury 2016

Panie profesorze, media rozpisują się na temat zwycięstwa Wrocławia o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016.  Chciałabym jednak wrócić do początku. Jest rok 2009, siedzi Pan sobie wygodnie w fotelu i nagle dzwoni telefon…

Nie, to było inaczej.

Pamięta Pan jak to było?

Tak, oczywiście. Anegdota, moim zdaniem, jest przednia – podczas pobytu gościa ze Stanów Zjednoczonych zostałem zaproszony przez Rafała Dutkiewicza na kolację, tutaj na Rynku. Podczas rozmowy, kiedy Rafał opowiadał o problemach miasta, wspomniał m.in. o tym, iż miasto planuje przystąpić do konkursu o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. I chyba zeszło na problem przestrzeni publicznej, a ja, bardzo krótko mówiąc,  wyraziłem się wprost, że to, co się dzieje w przestrzeni publicznej w ogóle w Polsce, jest zbrodnią przeciwko ludzkości. Rafał tak na mnie spojrzał znad okularów i mówi: „Chcesz dla mnie pracować?” Nie zastanawiałem się długo, powiedziałem: no, to zadzwoń. Za kilka dni zadzwonił wiceprezydent Jarosław Obremski, poprosił o rozmowę i w ciągu tej rozmowy złożył mi ofertę objęcia funkcji dyrektorskiej.

Pan przyjął ofertę od razu?

Nie. Przyznam szczerze, że kiedy usłyszałem tę ofertę, to mi najpierw szczęka spadła na stół. Nie spodziewałem się, że ja, były oponent polityczny Rafała Dutkiewicza, startujący przecież w pierwszych wyborach przeciwko Dutkiewiczowi (później się wycofał, bo zmądrzał),  że otrzymam taką ofertę właśnie od Rafała Dutkiewicza. Poprosiłem o kilka dni do namysłu.

Padło monetą?

Nie, nie. Stwierdziłem, że z Rafałem Dutkiewiczem i z ludźmi, z którymi współpracuje, uda mi się zrobić dla miasta więcej niż gdybym poprzestawał wyłącznie na pracy akademickiej czy działalności społecznej w dużo węższym zakresie. Zgodziłem się po kilku dniach. Zatrudniłem do współpracy swoich doktorantów. I to był, moim zdaniem, strzał w dziesiątkę. Ci młodzi ludzie, z otwartymi umysłami, nie podlegający różnego rodzaju sztampom czy stereotypom, wnieśli naprawdę taką siłę, żeśmy zachowali do końca tych ludzi.

Ale co zdecydowało? Nowe wyzwanie?

Pragnienie przygody, nowego wyzwania. Wyjście z rutyny akademickiej i powiedzmy, z codziennego trybu życia, w którym ugrzązłem jako już profesor – zawsze na tym stanowisku wpada się w pewną rutynę wykładów, czytania prac magisterskich, prac doktorskich i habilitacyjnych. Pomyślałem, że to będzie coś, co może wnieść  w moje życie coś świeżego. I tak się stało.

Wprowadziliście się do biura, umeblowaliście i zaczęliście pracę nad aplikacją?

Tak. Przeczytaliśmy dokładnie formularz zawierający kilkadziesiąt pytań, a później spotkaliśmy się z wieloma ludźmi w kraju i za granicą, ucząc się, bo przecież myśmy przełamywali lody, których nikt w Polsce przecież wcześniej nie przełamał. Przypomnę, że Wrocław jest pierwszym miastem polskim, które wygrało w takim konkursie europejskim. Miasto Kraków, które było Europejską Stolicą Kultury, było miastem z nominacji, a myśmy byli z konkursu jako jedyni. I reguł tego konkursu musieliśmy się uczyć, ale także musieliśmy się uczyć sposobu jak je naginać, po to, aby zachować własną świeżość i oryginalność.

Pisanie takiej aplikacji to skrupulatna, akademicka praca czy proces twórczy?

I jedno i drugie. Akademicka praca ma o tyle wartość, o ile jest twórcza, kiedy jest niekonwencjonalna. I to również zadziałało. Poza tym, doświadczenie akademickie, powiedzmy pewna fachowość, nawet w dziedzinie polityki międzynarodowej, okazała się bardzo przydatna. W aplikacji ważnym elementem jest wymiar międzynarodowy, wymiar europejski – on był oceniony w naszej aplikacji wyjątkowo wysoko, najwyżej.

Jak długo pracowaliście nad tą aplikacją, rok?

Znacznie krócej. Jakkolwiek, jesienią w 2009 r., rozpoczęła się ta anegdotyczna rozmowa, to z racji terminów administracyjnych, objąłem funkcję dopiero w początkach lutego. Nasza praca nad aplikacją trwała wyjątkowo krótko, od kwietnia do końca czerwca. Bo tylko tyle mieliśmy czasu. Później trzeba było ją oddać to drukarni, poprawić, przedyskutować, także w gronie urzędników, Prezydent Dutkiewicz także ją czytał. Muszę powiedzieć, że byłem bardzo zaskoczony, kiedy usłyszałem od Rafała: „Adam, napisałeś przepiękny tekst!” To mi naprawdę dało wielką satysfakcję. I sądziłem wtedy, że jestem na dobrej drodze, chociaż osąd jaki zapadnie w pierwszej turze, był ciągle dla nas niejasny, a później zaskakujący. Niedługo po tym, kiedy przeszliśmy do drugiej tury, usłyszałem nieoficjalnie, że nasza aplikacja była najlepsza, prezentacje także, i że mamy największe szanse na wygraną. To była zapowiedź, która dała ogromną energię naszemu zespołowi i do drugiego etapu przeszliśmy z dużą siłą.

Panie Profesorze, czy Pan wie, że w kuluarach nazywają Pana „Don Kichotem” w walce o tytuł?

Nie, nie wiem. Nie wierzyli ludzie?

A Pan wierzył do końca? Były chwile zwątpienia?

Spotykałem się z wieloma głosami krytycznymi, z wieloma głosami sceptycznymi, w stylu Smerfa Marudy – na pewno się nie uda, o tyle rzeczy się już starali, o jedno EKSPO, drugie EKSPO i nigdy się nic nie udawało – nieprawda, że się nie udawało! Udały się: EURO 2012, Światowe Dni Muzyki na 2014. Wiele rzeczy się udało, ale tego się nie widzi. Ten konkurs, w opinii publicznej, uzyskał bardzo wysoką rangę, ale ta ranga mnie nie przestraszyła.

A co Pan odpowiadał?

Sądziłem, że muszę iść własną drogą. Teraz otrzymuję gratulacje i ludzie podkreślają, że mimo tych sugestii (bo każdy ciągnął w inną stronę). Powiem w tajemnicy, że wszyscy eksperci, z którymi się spotykałem, wypowiadali się negatywnie o fachowości pozostałych. Pomyślałem więc, że w tych okolicznościach, kiedy dostaję bardzo sprzeczne sygnały, że muszę iść i kierować się własnym rozumem. Taki sam sposób myślenia przyjęli pracownicy zespołu kreatywnego, twórczego.

Kreatywny Wrocław?

Nie, Kreatywny Wrocław to nazwa portalu, który z nami współpracuje. Chodzi  mi o wąskie grono moich współpracowników, jeden  z nich nazywa się Roland Zarzycki, jest doktorem matematyki i doktorantem filozofii, a drugi jest doktorantem filozofii.

I oni Pana wspierali i razem pracowaliście?

Oni współtworzyli aplikację.

A kto Pana wspierał?

Otrzymywałem bardzo mocne wsparcie ze strony władz miasta, osobiście od Prezydenta Dutkiewicza i Prezydenta Jarosława Obremskiego, z biura promocji miasta od Pawła Romaszkana, z biura prasowego od Pawła Czumy. Właściwie, to na samym początku poprosiłem o powołanie zespołu, który nazwałem „komitetem sterującym”. W skład weszli właśnie kierownicy tych jednostek Urzędu Miejskiego. Przyznaję, że wielu rzeczy o Urzędzie Miejskim, o życiu kulturalnym Wrocławia nie wiedziałem, dotychczas przecież zajmowałem się innymi sprawami. Ale jak mówię, ten konkurs wymaga takiego, powiedziałbym, wszystkoizmu – dobrej orientacji w bardzo rozmaitych dziedzinach: kultury, polityki, spraw społecznych. Swój zawód filozoficzny traktuję podobnie – nie skupiam się wyłącznie na jednej dziedzinie, ale szukam problemów w  filozofii nauki, etyce, filozofii politycznej, ale także w metafizyce czy ontologii i w estetyce również. Jestem autorem co najmniej kilku tekstów poświęconych estetyce, dwa takie teksty wiszą na stronie internetowej wro2016.pl. Do tej pory bardzo lubię tekst „Spojrzenie i dotyk w przestrzeni publicznej”. Wiem, że wywołał on duże wrażenie także na niektórych pracownikach Urzędu Miejskiego, i pomyślałem, że kategoria przestrzeni będzie musiała być ważna w naszej aplikacji. Ostatecznie, nasza aplikacja nosi tytuł „ Przestrzenie dla piękna”. Chcemy, żeby Wrocław był przestrzenią dla piękna, żeby życie każdego z nas w tych różnych przestrzeniach było piękne; czy to w przestrzeni natury społecznej, politycznej, prywatnej, ale także i cyberprzestrzeni. Wiem, że w każdej z tych przestrzeni jest dużo piękna, ale wiem też jak wiele jest brzydoty.

Wróćmy do tych sceptyków, co Pan im odpowiadał kiedy ktoś mówił: „Adam, nie uda się”?

Właściwie nie umiałem znaleźć odpowiedzi i o przekonaniu, że idziemy na porażkę, dowiedziałem się po pierwszej turze, kiedy śpiewająco przez nią przeszliśmy. Wtedy dopiero wielu ludzi przyznało się do tego sceptycyzmu. Wyniknęła z tego dość zabawna historia. Kiedy po przejściu do drugiej tury, uzyskaliśmy wspaniały wynik i ludzie zaczęli prosić o  aplikację - to nie mieliśmy egzemplarzy, bo szkoda nam było pieniędzy na wydanie jej w większej ilości. Dopuszczaliśmy możliwość, mimo głębokiej wiary, że to, co zrobimy jest słuszne, że lepiej nie potrafimy, to liczyliśmy się z faktem, że nie zyskamy aprobaty. Nie chcieliśmy się przechwalać czymś czy wydawać pieniądze na coś, co może przynieść nam właśnie porażkę. Kiedy powiedziałem, że mamy tak mało egzemplarzy i że musimy je dodrukować, doszło do wielkiego wybuchu śmiechu. 

Pobawmy się teraz w psychologa – jest ogłoszenie werdyktu jak się Pan czuł? Jak na rozdaniu Oscara, X Faktora ? Jakiego rodzaju były te emocje?

To był bardzo męczący okres dla nas wszystkich. Zaledwie na tydzień przed ostatecznym werdyktem mieliśmy wizytację czterech jurorów, którzy oceniali miasto. I nie wszystko szło po mojej myśli. Wydawało mi się, że jurorzy zobaczą tylko najsilniejsze strony Wrocławia, jak gdyby nie trzeba było już tutaj nic robić. Większość wizyt czy większość spotkań jakoś wskazywałoby na to, że Wrocław jest tak pięknym i kompletnym miastem, tak intensywnie żyjącym kulturą, że właściwie nie ma powodu, żeby nas wspomagać czy nagradzać tym tytułem. Tytuł ESK nie jest wyłącznie nagrodą, jest raczej wezwaniem, zobowiązaniem do dalszej pracy. I to skierowało nas na trop w przygotowaniu ostatecznej prezentacji pracy, by z jednej strony wskazać na wielkie atuty, na dynamizm rozwojowy miasta, na budowy, które się dzieją i są świadectwem myślenia o tym, że miasto potrzebuje rozwoju. Ale zarazem chcieliśmy pokazać takie miejsca, w których, można powiedzieć, czas się zatrzymał – Nadodrze, Brochów czy inne – przecież tam mieszkają ludzie wykluczeni[z kultury]. Dodajmy, że najważniejszym celem naszej aplikacji było postawienie na zwalczanie wykluczeń . Zrobiliśmy badania statystyczne i kiedy m.in. okazało się jak bardzo niski jest poziom uczestnictwa w kulturze Polaków, Wrocławian, Dolnoślązaków, to pomyśleliśmy, że trzeba to zmienić. Ponieważ wszyscy, ci najbiedniejsi także, składają się swoimi podatkami na wydarzenie kulturalne, ale korzysta z nich tylko elita. Innym słowem – najbiedniejsi dofinansowują zwykle tych najbogatszych. To jest nic innego, jak tylko utrwalanie czy powiększanie nierówności społecznych. Fakt ten wpłynął na sformowanie diagnozy, sformowanie zadań, które czasami budzą skrzywienie – padają tam takie terminy jak: interpasywność, komodyfikacja, enigmatyczność czy inne. Chcieliśmy je jednak zachować, ponieważ te terminy były inne. Najwybitniejsi doradcy i profesjonalne agencje, którzy doradzali innym miastom, pracując pewnym sposobem myślenia, nie wyszli poza stereotypy. A myśmy starali się wnieść tę świeżość, chociaż o wiele tych terminów musieliśmy walczyć.

Panie Profesorze, ale jak się Pan czuł po ogłoszeniu wyników?

Czułem się wymęczony, i przyznam szczerze, że…

…uwierzył Pan?

Dopiero po kilku sekundach. Usłyszałem” Wrocław” i nie bardzo zrozumiałem konsekwencje tej decyzji, bo przyznam szczerze, że do końca jeszcze nie rozumiem wymiarów czy zasięgu tego zwycięstwa. Oczywiście, nie jest to moje zwycięstwo, ale zwycięstwo zespołu, władz miejskich i całego Wrocławia. Powiem dlaczego tak się wtedy czułem, że z pewnym opóźnieniem zrozumiałem to, co mówi dr Gaulhofer . Kiedy uczestniczyliśmy w naszej prezentacji (składała z dwóch części: prezentacji i sesji pytań), prezentacja naszego programu miała charakter teatralny. Musiałem nauczyć się być także aktorem, jak wielu z nas. Po jej zakończeniu usłyszeliśmy spontaniczny aplauz, który się wyrwał, jakby wbrew woli, członkom panelu selekcyjnego. Mówię o tym, że wbrew woli, ponieważ jury przyjęło zasadę nie nagradzania aplauzem zespołów prezentujących. Kiedy usłyszałem ten aplauz, pomyślałem: jest dobrze! Ale niezależnie od tego, czułem, że mechanizm, który stworzyliśmy na tę okoliczność, naprawdę dobrze zadziałał, a aplauz był tylko poświadczeniem dobrej roboty.  Następnie czekała nas godzinna sesja pytań i odpowiedzi, bardzo trudnych, dotyczących między innymi problematycznej kategorii piękna i z satysfakcją widziałem kiwnięcia głowami będące reakcją na moje odpowiedzi. Z aprobatą spotkały się również odpowiedzi na pytania budżetowe, na pytania programowe. Dopiero po pół godzinie tych pytań spojrzałem na zegarek, czułem, że nie ma dłużyzn, że jest wielu członków panelu selekcyjnego, którzy chcą zadać pytania, ale mamy tak wiele do powiedzenia, że w istocie nie dopuszczamy ich do głosu (uśmiecha się). A kiedy skończyliśmy rozległy się brawa. Brawa, już niczym nie pohamowane i pomimo, że jedna z członkiń panelu powiedziała: „przecież obiecaliśmy sobie nie nagradzać aplauzem zespołów prezentujących”, to jakby to już nie grało wrażenia. I wtedy, Prezydent Dutkiewicz poprosił o  jeszcze jedną minutę, żebyśmy mogli pokazać film, który zrobiliśmy. Film nosi nazwę hasła, które wymyśliłem:  „Vrotslove . Love is a part of our proper name”. I to było też bardzo dobre. Większość zespołów prezentujących zaczynało prezentację filmem,  co wprowadzało dystans psychologiczny, a myśmy ten film pokazali na koniec, jako coś w rodzaju konkluzji, już poza programowej. Film również uzyskał aplauz i kiedy wyszliśmy z budynku, pierwszym, który do mnie podbiegł i pogratulował mi, był nowy członek panelu selekcyjnego, Jeremy Isaacs. A jego baliśmy się najbardziej, bo był to człowiek wybitny, doświadczony, wieloletni szef BBC, wieloletni szef Covent Garden Opery Londyńskiej – tacy ludzie nas egzaminowali! I zdać ten egzamin tak bardzo dobrze …

Stresował się Pan, miał Pan tremę?

Oczywiście. Trema w moim języku nazywa się „agorafobią” publiczną.

Nie wszyscy wiedza, że jest Pan profesorem, profesorem doktorem habilitowanym filozofii.

Nawet zwyczajnym.

Co Pan woli, być pracownikiem akademickim czy urzędnikiem państwowym?

Tych dwóch rzeczy się nie da oddzielić.

A co jest teraz bliższe?

Na pewno bliższe jest mi to, co przyniosło mi tak wielką satysfakcję. W końcu przewodziłem zespołowi, który wygrał w konkursie europejskim! To jest wielkie osiągnięcie. Jakkolwiek bardzo szanuję swoje wcześniejsze osiągnięcia akademickie, bo one również są mi drogie, to jest to osiągnięcie w innej przestrzeni, o większym zasięgu. Tamte[akademickie], mają charakter zawężony do gildii profesorskiej, a tutaj mówimy o osiągnięciu publicznym, dla miasta.

Zmienia się nazwa funkcji, nie jest Pan teraz profesorem tylko dyrektorem.

Zachowuję oba te tytuły. Chcę podkreślić, że doświadczenia, które pomogły mi pracować nad tym zespołem, nad tym projektem, gromadziłem na Uniwersytecie. Przed ponad dziesięciu laty, organizowałem tam jubileusz 300-lecia, który był karkołomnie trudny, ponieważ trzeba było przekonać prezydentów  kilku państw do tego, aby przyjechali do nas. I udało się. Odbyło się bardzo ważne spotkanie między Prezydentem Kwaśniewskim i Prezydentem Johannesem Rauem, nieżyjącym już prezydentem Republiki Federalnej Niemiec. A największą satysfakcję z tamtych doświadczeń miałem wtedy, kiedy w przeddzień wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, Prezydent Johannes Rau przybył do Sejmu i przed Zgromadzeniem Narodowym wygłaszał swoje ostatnie pożegnalne przemówienie (nazajutrz miał złożyć urząd). Powiedział wtedy: „spośród wielu wizyt, które złożyłem w Polsce, a wypływały one z potrzeby serca; dwie są mi szczególnie bliskie: jedna w Gdańsku, żeby celebrować Solidarność, druga w Gnieźnie, z okazji 1000-lecia chrześcijaństwa w Polsce. A teraz trzecia – we Wrocławiu, z okazji 300-lecia Uniwersytetu Wrocławskiego, gdzie duch otwartości, mimo tych wszystkich zaburzeń, został zachowany”. Kiedy to usłyszałem, pomyślałem: kurcze, lepszych podziękowań nie potrzebuję, kiedy takie słowa mówi Prezydent Niemiec przed obliczem całego Zgromadzenia Narodowego. Ale kosztowało to kilka lat pracy, pracy dyplomatycznej i ze sponsorami,  na różnych poziomach organizacji. Było to doświadczenie bardzo cenne, więc pozostaję człowiekiem Uniwersytetu.

Założył Pan koronę, chwycił Pan berło… i co dalej?

Nie, nie założyłem korony! Pracujemy nadal. W tej chwili, czekamy na formalną nominację na Europejską Stolicę Kultury, która dokona się przez Radę Ministrów UE dopiero w maju przyszłego roku. Zachowujemy status kandydacki, ale chociaż jesteśmy kandydatem-nominantem, by tak rzec, pewnych rzeczy nie możemy zacząć robić, dopóki nie uzyskamy tego formalnego statusu ESK. Czeka nas kilka miesięcy planowania strategicznego i studiów realizacyjnych projektów, które zyskały aprobatę. Projekty, które wpisaliśmy, jest ich 20, chcemy realizować, ale nie wszystkie naraz, te wiodące... 

Europejski Kongres Kultury?

Kongres to raczej kluczowe wydarzenie i to jest perspektywa 2016 roku. Ale już niedługo chcemy zrealizować projekty takie jak: Obligacja Kulturalna czy Dolnośląski Paszport Kultury, które mają na celu zwiększenie uczestnictwa w kulturze mieszkańców Wrocławia. Chcemy się do tego dobrze przygotować, żeby nie popełnić błędu. Chcemy też przeprowadzić badania socjologiczne, takie powiedzmy w punkcie zero. Chcemy wiedzieć z jakiego punktu startujemy, by później ocenić czy udało nam się osiągnąć rezultat. Zadań jest tych bardzo dużo. Chcemy oczywiście zainspirować debatę, jeszcze nie realizację, ale debatę w mieście,  na temat tego, w jaki sposób przeobrazić te przestrzenie w przestrzenie piękna. To jest zadanie dla artystów wszystkich dyscyplin sztuki: muzyków, plastyków, urbanistów. A nasz zespół, choć niewielki, będzie inspiratorem tej debaty. Na pewno czeka nas Europejski Kongres Kultury, już we wrześniu. Jestem w to, do pewnego stopnia, również zaangażowany, będzie to dla nas także zbieranie doświadczeń. Przyjadą do Wrocławia wybitni ludzie kultury, w tym Zygmunt Bauman, mój przyjaciel i wielu innych ludzi. Od nich chcemy się dowiedzieć, w którym kierunku iść, czy powiedzmy, wysłuchać diagnoz, które trzeba brać pod uwagę. 

 

Wywiad przeprowadziły Beata Łańcuchowska i Elwira Gradkiewicz.

User login

Enter your username and password here in order to log in on the website:
Login
If you haven't got an account sign up
© Copy wro2016